21 marca 2020

Dopóki nie masz dzieci, to masz sobie poradzić ze wszystkim - zapierdalać w pracy, realizować się artystycznie, brać wszystkie zlecenia, które wpadną w ręce, ćwiczyć, sprzątać, broń boże nie siedzieć za długo w telefonie.
Jak sobie nie radzisz, to istnieje jeszcze narzędzie ostateczne - siebie wywyższyć, innych zdeprecjonować.

Pierwszy jad się sączy w łóżku pod drewnianym skosem; kopię najebane ciało, które mnie nie słyszy, albo nie chce słyszeć. Drugi jad rzucam w wielkie mięśnie za komputerem, tyle że tym razem mięśnie mają przewagę, bo są zawsze trzeźwe i nic ich nie dotyka; jak dostaję ripostę, to mi się lata później na terapii zwęża gardło i wszystkie cytaty zostają w środku.
Trzeci jad leci w stronę najpiękniejszego człowieka pod słońcem. Ten jad już dojrzał, wie, gdzie szpilka powinna wejść na płasko (czyli pod paznokieć). Długo myślę i wymyślam najgorsze słowa, których decyduję się nie powiedzieć - ale się nie udaje. Ciężkie kule armatnie, śmierdzące okrucieństwem i ksenofobią. Żałuję natychmiast, ale poznać nie dam po sobie, bo wojna jeszcze trwa.

(I jak teraz opisać to uczucie ulgi, kiedy - znów okrutnie - udaję, że nie słyszę 'kocham cię, dobranoc')

Prawie czternascie miesięcy w wiecznym niedowierzaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz