11 lipca 2020

Im dalej w las, tym dziwniej. Tym trudniej uchwycić, może kiedyś coś było białe i romantyczne, a teraz szare, delikatne i ulotne, a czasem czarne i ciężkie, siada na piersi.
Oczywiście wiedziałam, że jak się cały rok miało niedzielę, to przyjdzie rok poniedziałków - uderzy mnie mocno w głowę i w tę dopiero-co-pozbieraną skorupkę, gotową do wyznaczania granic.

Wyznaczanie granic jest dobre dla życia, ale równie trudne, co dawanie się wykorzystywać w kółko - tego nikt nie powiedział.

Powinnam mieć jakąś nowo zdobytą wdzięczność do życia, które w swoich najgorszych momentach jest tysiąc razy lepsze niż (wtedy), no ale jej nie mam. Jak (wtedy) mi się wydawało, że płacz w samochodzie w drodze do szkoły to jest najważniejsza rzecz na świecie i już nic innego mnie nie czeka, tak teraz uparcie jak metronom, równo kilka razy dziennie, jestem z lewej czułością i zakochaniem w wyraźnie niedoskonałym człowieku, a z prawej wzruszeniem ramion, że umiem być samotna i nic mnie nie obchodzi, że nie wyjdzie tak, jak chciałam.

Wzruszenia ramionami nauczyłam się (wtedy), ta nowo zbudowana skorupka nosi w sobie coś, co się znowu po angielsku nazywa ładniej INTERNALISED. Wewnętrzyłam sobie te głupie nawyki, wzruszanie ramion nie było najbardziej szkodliwym z nich i może dlatego jeszcze się go nie pozbyłam.

Do zapamiętania, bo to uczucie jest dla mnie nienaturalne bardziej niż cokolwiek innego - mieć wyjebane, wzruszyć ramionami, odwrócić się, wyjść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz