12 stycznia 2020

Rosnę conajmniej kilka centymetrów, kiedy słucham grubej, szczęśliwej dziewczyny, kołysząc w rękach jej grube, szczęśliwe dziecko. Zapisuję ten obrazek w szufladzie mózgowej: "kim chcę być, kiedy dorosnę". Mniej się czuję dorosła, niż kiedy miałam tamte dziewiętnaście lat. Łatwiej było udawać - wszyscy mówili, że jest jakaś magia, narkotyczny haj, że znam ich lepiej, niż oni sami siebie i tym podobne głupoty. Nie ma już miejsca na to w dwudziestym szóstym roku. Stałam się realna, narysowana grubą kreską i prawdziwa do bólu. Mogę zostać zrozumiana, ale większość czasu zastanawiam się jednak, jak zrozumieć. 

"Jesteśmy zakładem psychologicznym", mówi mi koleżanka z pracy, a ja tak boleśnie rozumiem już, dlaczego według przepisów normalny człowiek w moim zawodzie powinien pracować 18 godzin, nie 40. 

Dwadzieścia pięć zdrowych, najedzonych twarzy, które się kurczą pod moim złym słowem, jakąś nieopatrznie sformułowaną krytyką. Przerasta mnie decyzja, czy ich przepraszać, czy nie, więc stoję nad moimi słowami, szukając usprawiedliwienia; według wszelkich norm postępowania, postępuję słusznie, ale przecież noszę w sobie i pamiętam wszystkie dziecięce krzywdy - obiecałam sobie, że "nigdy przenigdy" i dopóki musiałam się kontrolować przy dziewięciu twarzach, wszystko było w porządku. Nie mogę się kontrolować przy dwudziestu pięciu.


W takie dni tęsknię za problemami, przy których bladłby każdy inny. Tęksnię za karą, uległością, przepraszaniem. Rzyganiem z nerwów. Piątym orgazmem. Siniakiem. 


Wstyd, pani Sztokholm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz