9 listopada 2023

 Za każdym razem łatwiej. Dwa tygodnie, miesiąc z kawałkiem; pięć dni, dziesięć dni, pięć dni, prawie dwa tygodnie (do niedzieli), ale tym razem NA DOBRE.

Każdy mężczyzna, którego kochałam, chciał być ze mną na stałe, bo jestem wife material, gąską głupią, kurą domową, będę prać, gotować i sprzątać i w trakcie prania, gotowania i sprzątania stracę wszystko, co było mną na początku. Odruch bezwarunkowy, nawet jeśli już niepotrzebny. Trzymanie się siebie wydaje się walką rzędu stania na barykadzie z drewnianym mieczem i wystającym cyckiem, a ma być czymś stałym i niewzruszonym, jak powiedzenie "w środę nie mogę" bez mrugnięcia okiem i bez niepotrzebnych tłumaczeń.

Coś straciłam - spokój, trochę szacunku do siebie, jasność umysłu. Coś zyskałam - posługiwanie się piątym obcym językiem, wzgląd w nieznaną kulturę, tonę poezji i muzyki odkrytej na własną rękę i z (Twojej) ręki, wiedzę o sobie, którą wolałabym odkryć w mniej bolesny sposób, powrót do ciała, które jest moje.

Coś straciłam, a może zyskałam, ale rachunek przyjdzie z perspektywą czasu, więc czekam na moment jasności, żeby analityczny umysł mógł wstawić cudze (ale też własne) nazwisko w odpowiednie rubryki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz